Assassin's Creed: Czarna bandera. Recenzja pełna piratów

Assassin's Creed: Czarna bandera

Powieść Assassin's Creed: Czarna bandera autorstwa Oliviera Bowdena ukazała się nakładem wydawnictwa Insignis

Odwieczny konflikt bractwa Asasynów i Templariuszy trwa w najlepsze. Tym razem przy udziale piratów, huku z armat i wielu butelkach rumu. Recenzja książki Assassin's Creed: Czarna Bandera.

„Wszyscy, którzy są za tym, żeby zaatakować zatokę i zająć statek, niech tupną i krzykną: tak!. Załoga rykiem wyraziła aprobatę, bez jednego głosu sprzeciwu; sprawiło mi to wielką radość.
- Kto jest przeciw, niech zaskomle: Nie!.
Nie odezwał się nikt.
- Żadna królewska rada nie była nigdy tak jednomyślna!"

Kto nie lubi piratów? Te brudne, wulgarne, nieznające poszanowania prawa wilki morskie urzekają nas swoją fantazją, przygodami i wolnością.

Właśnie w tych dość zwariowanych czasach będzie funkcjonował bohater „Czarnej Bandery", który z czasem stanie się kolejnym Asasynem. Akcja książki Oliviera Bowdena przenosi nas tym razem do początku XVIII wieku. Edward Kenway to na pierwszy rzut oka niczym niewyróżniający się młodzieniaszek znudzony codzienną pracą na gospodarstwie rodziców.

Początkowo - jak większość jego rówieśników - marzy on o wielkiej karierze i złocie. Z czasem poznaje piękną i zamożną Caroline Scott, która odwzajemnia jego uczucia. Mimo ukochanej u boku życie w roli hodowcy owiec zaczyna mu coraz bardziej doskwierać. Chce zdobyć wielką fortunę, aby jego żona żyła na odpowiednim poziomie.

W dniu, kiedy postanawia wypłynąć na morze, gospodarstwo jego rodziców zostaje spalone. Jeden z zamachowców nosi dziwny sygnet na palcu. Edward dostaje warunek – wyjedź i nie nigdy nie wracaj, albo jeszcze gorszy los spotka twoich bliskich. W ten sposób nasz młody bohater zaczyna swoją przygodę, w trakcie której będzie brał udział w morskich bitwach, napadał na statki kupieckie, pił rum z legendarnym Czarnobrodym.
A w końcu trafi w środek konfliktu między Templariuszami a Bractwem Asasynów.

„Czy to oznaczało, że jestem teraz assasynem? (...) Nie. Jestem wolny. Odpowiadam tylko przed sobą. Nie ma dla mnie jakiegoś kreda. Latami pragnąłem wyrwać się z okowów władzy. Nie zamierzałem się teraz tego wyrzekać."

Całą historię naszego pirata poznajemy w formie retrospekcji. Nieco starszy już Kenway opowiada swoje niezliczone i barwne historie. Przez to już pierwsze strony książki uświadamiają nam, że klimat całej tej opowieści będzie iście piracki. Edward w przeciwieństwie do poprzednich bohaterów serii to zwykły, bardzo często arogancki, ale sympatyczny młodzian. Nie kierują nim jakieś szczególne zasady czy kodeksy.

Marzy o prostym, szczęśliwym życiu na odpowiednim poziomie. Pragnie tyle, a dla niektórych aż tyle. Jego refleksje, opowieści są bardzo szczere i przez to często brutalnie prawdziwe. Dotychczas to Ezio Auditore kojarzony był jako ten w gorącej wodzie kąpany. Edward wypada tutaj o wiele autentyczniej i zabawniej. Skojarzenia z Jackiem Sparrowem powinny się u was pojawić bardzo szybko w trakcie czytania.

Przez to cały język powieści jest lekki i przyjemny. Choć bohater jest waleczny, odważny i można powiedzieć dobry, to wcale nie oznacza, iż nie lubi zaglądać do kieliszka, a kiedy trzeba po prostu odciąć komuś łeb.

Tym razem nie mamy już do czynienia z pewnego rodzaju asasyńską otoczką, którą wcześniej mogliśmy obserwować. Oczywiście: pod koniec książki sam bohater ulega pewnego rodzaju przemianie - poważnieje, a credo bractwa staje się wyznacznikiem jego życiowej drogi. Nie przeszkadza mu to jednak, aby z uśmiechem wspominać pijackie potyczki i inne lekkomyślne wariactwa.

„ Oczywiście miał rację. Nassau z każdym dniem coraz bardziej cuchnęło przyprawiającym o mdłości połączeniem gówna, zastałej wody i gnijących trucheł. Ale mimo to, choć ciężko ci w to pewnie uwierzyć, to było nasze przyprawiające o mdłości połączenie gówna, zastałej wody i gnijących trucheł, i byliśmy gotowi się o to bić. Poza tym smród nie był znów aż tak dokuczliwy, kiedy się człowiek spił."

Autor obok przedstawienia losów głównych bohaterów równie barwnie stara się nakreślić realia tamtych czasów. Nie szczędzi opisów poszczególnych statków i pirackiego wyposażenia. Nie raz używane są typowo marynarskie zwroty czy definicje. Nassau będące bazą wypadową piratów już na pierwszy rzut oka przypomina legendarne Port Royale.

Opisuje zwyczaje tych zwariowanych wilków morskich, ich pokręcone zasady, idee czy marzenia. Wielu z nich po prostu kocha morze, a że znaleźli się w takim położeniu to często zrządzenie losu.

Jednak nic bardziej nie bawi jak częsty brak zasad załogi. Pamiętacie jak Jack Sparrow nagle tracił swój tytuł, statek i zostawał sam, bo reszta kompanów pomyślała inaczej? Podobnie jest tutaj, co pięknie pokazuje, że nawet własnej - ale pirackiej - załodze nigdy nie można do końca ufać.

„ - Panowie! Jak każe zwyczaj, nie rzucamy się na oślep do bitki na rozkaz jakiegoś szaleńca, lecz działamy zgodnie z tym, co dyktuje nam nasz własny, zbiorowy obłęd!"

Jeżeli chodzi o zwroty akcji to autor umiejętnie podzielił książkę. Dość często będziemy świadkami większych i mniejszych bitew morskich, gdzie huk armat oraz dźwięk rozrywanego kadłuba będą normą.
Chwilami jednak miałem wrażenie, że niektóre fragmenty akcji zostały potraktowane trochę po macoszemu. Często aż się prosi o napisanie jeszcze kilku linijek.

Podobnie wygląda to w przypadku mniejszych zwarć, w których udział bierze Kenway. Śledzimy przez dłuższy czas jak ściga ofiarę, kładąc przy okazji kilkunastu przeciwników coraz bardziej rozmaitymi technikami, po czym dopada ściganego i w kilka sekund robi z nim „porządek". Trochę szkoda, że tak potraktowano ten element, ale z drugiej strony cała akcja i dynamika książki zostaje przez to odpowiednio zachowana.

„– Och nie, asasyni i templariusze toczą wojnę od setek lat, na całym świecie. Mieszkańcy tego nowego świata wyznają podobne filozofie, odkąd tu żyją, a kiedy Europejczycy przybyli, nasze grupy w pewnym sensie... dopasowały się. Kultury, religie i języki dzielą ludzi... ale kredo asasynów ma w sobie coś, co przełamuje wszystkie bariery. Umiłowanie życia i wolności."

Jednym z elementów, który najbardziej mi przypadł do gustu było pokazanie jak kultura i sposób zachowania bractwa może dostosować się do lokalnych społeczności. Wcześniej na ogół polega to na tym, że nawet jeśli nowy członek reprezentował odmienną kulturę czy kolor skóry, to szybko stawał się pełnoprawnym asasynem trochę zapominając o swoim pochodzeniu. Tutaj natomiast poszczególni bohaterowie akcentują swoją odmienność i starają się dostosować metody i techniki do konkretnych miejsc tak, aby nawet w dżungli pełnej pół nagich dzikusów nie wyróżniać się z tłumu.

„Oby piekło, do którego trafisz, było twoim własnym dziełem"

Najnowsza pozycja z asasyńskiej sagi jest zdecydowanie inna od swoich poprzedniczek. Jest tutaj o wiele więcej przygody, morskich potyczek i butelek rumu aniżeli smutnych opowieści ponurych skrytobójców. Podczas czytania Czarnej Bandery bawiłem się doskonale, a Kenway był mi o wiele bliższy aniżeli poprzednicy. Jakieś minusy? Dopiero teraz pisząc te słowa uświadomiłem sobie, że w książce o piratach nie natknąłem się na żadną papugę :)


Assassin's Creed Czarna bandera

Zdjęcia

  • Assassin's Creed: Czarna bandera
Komentarze Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać