Andriej Diakow: W Mrok

Andriej Diakow: W Mrok
Taran i Gleb wracają, by jeszcze raz zmierzyć się z największym zagrożeniem od czasów atomowej zagłady - człowiekiem. Recenzja powieści W Mrok Andrieja Diakowa.

Jedyne miejsce, którego nie zdążyliśmy zapaskudzić jest tam, w dole. W pierwotnym mroku. Może i dlatego ciągnie nas tam jak magnes. Stamtąd przecież wyszliśmy. I tak wrócimy. Mrok na zewnątrz, mrok wewnątrz nas...

Kolejna książka Andrieja Diakowa zatytułowana W Mrok to bezpośrednia kontynuacja wydarzeń, które mogliśmy obserwować w Do Światła. Stąd od razu uprzedzam tych, ktorzy nie czytali części pierwszej: są spoilery.

Po tym, jak naszym bohaterom udało się rozbić grupę kanibali z Exodusu, Taran i Gleb mogli sobie pozwolić na chwilę spokoju.

Odkryta niedawno wyspa Moszczna daje schronienie kolejnym mieszkańcom metra. Mimo drobnych niesnasek płynących z różnic pomiędzy poszczególnymi grupami ludzi, wszystko układa się bardzo dobrze. Po tym, jak społeczeństwo podziemi dowiaduje się, że jest jeszcze jakieś nieskażone i przyjazne miejsce na ziemi, pojawia się co raz większą nadzieją na powolne odbudowywanie cywilizacji po atomowej zagładzie.

Wszystko się zmienia w momencie, kiedy załoga pływającej platformy wiertniczej Babel jest świadkiem zniszczenia wyspy. U wszystkich oprócz wyraźnej wściekłości i bólu wynikającego z pogrzebanych nadziei pojawiają się pytania:
Kto tego dokonał?
I skąd mogła się wziąć jeszcze sprawna bomba atomowa?

Uratowani z Moszczny zamieszkują na jednej ze stacji metra i wszystkim mieszkańcom dają ultimatum: w przeciągu tygodnia ma się znaleźć winny, inaczej dokonają zmasowanego ataku iperytem, przed którym nikt nie znajdzie schronienia.

Stalkerzy to w większości ludzie przesądni i głupio byłoby czynić im z tego powodu wyrzuty. Nie jest tajemnicą, że ciągłe zagrożenie z czasem zmienia człowieka: jego zachowanie, przyzwyczajenia, spojrzenie na życie. I im częściej jest narażony na niebezpieczeństwo, tym bardziej pragnie przeżyć. Stalkerzy nie są wyjątkami. Co trzeci ma swój własny zbiór reguł i czasem wydumanych, ale surowo przestrzeganych rytuałów – wszystko, by zapewnić sobie powodzenie. Co drugi, uczestnicząc w wypadzie, bierze ze sobą jakiś talizman. I, co się rozumie samo przez się, każdy, bez wyjątku, ma własną strategię przebywania na powierzchni, swoje, tylko jemu właściwe, triki.

Na zebraniu przedstawiciele wszystkich stacji potrafią jedynie obrzucać się wzajemnymi oskarżeniami, co do niczego nie prowadzi. Trochę wbrew swojej woli Taran dostaje zadanie przeprowadzenia śledztwa uzyskując przy okazji wszelkie możliwe przywileje.

Na wyjaśnienie sprawy ma tydzień. Nagrodą ma być lekarstwo na dręczącą go od dawna chorobę. Sytuację jeszcze bardziej komplikuje fakt, że jego przybrany syn znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Stalker będzie musiał zdecydować, co jest ważniejsze – mieszkańcy podziemi czy Gleb.

Moim zdaniem W Mrok to o wiele bardziej przemyślana lektura. I bardziej szczegółowa, co widać chociażby przy opisach zmutowanych potworów, które co chwile nie dają spokoju bohaterom.

Przez ponad dwadzieścia lat spędzonych pod ziemią można przywyknąć do wszystkiego, ale nie do tuneli. Z zasady powinny być do siebie podobne jak dwie krople wody, lecz w rzeczywistości było zupełnie inaczej. Ciemne i troskliwie podświetlone, zarośnięte mchem i wyskrobane do czysta, wypełnione grządkami i osmalone ogniem, przewiewne i ślepe, zamieszkane i porzucone, suche, kręte i proste, z szynami i bez... Jednym słowem różne.

Z przykrością muszę stwierdzić, że to, co dla mnie było niewątpliwą zaletą w kolejne książce Diakowa zostało nieco ograniczone. Chodzi o samo miejsce akcji. Dzięki Do Światła mogliśmy poznać różne miejsca przede wszystkim na powierzchni. Tu natomiast proporcje są mniej więcej pół na pół. Znajduje się wiele momentów, kiedy postaci muszą zmierzyć się z zewnętrznym światem, jednak równie dużą część książki zajmuje samo metro.

Jest to oczywiście usprawiedliwione fabularnie, ponieważ Taran musi zwiedzić niemal wszystkie stacje, aby przeprowadzić śledztwo. Jego „przywileje" obserwatora pozwalają mu na zaglądanie w każdy kąt pod warunkiem, że zachowa milczenie, a wiadome jest, że każda z kolonii ma swoje mniej lub bardziej skrywane tajemnice.

Bardziej zainteresował go olbrzymi mur, na którym stali ludzie ze zdjęcia. Długa budowla, wijąc się po szczytach grzbietów górskich, ciągnęła się nieomal po horyzont. Ochrona przed mutantami? Ale przecież przed Katastrofą ich nie było! I człowiek nie miał się, kogo obawiać, oprócz samego siebie... Czyżby takie tytaniczne wysiłki były podejmowane, żeby odgrodzić się od sobie podobnych?

Każdy ma coś na sumieniu, każdy ma też swoje racje, które pomagają mu usprawiedliwiać wybrane metody. Szczególnie widoczne jest to w relacjach między bohaterami, kiedy wpojone uprzedzenia od początku komplikują relacje między „barbarzyńcami" z metra a cywilizowanymi ze schronu.

Bardzo spodobał mi się sposób, w jaki Diakow prowadzi narrację. Z początku interesuje nas przede wszystkim to, kto jest odpowiedzialny za masakrę mieszkańców Moszczny. Jednak z czasem, kiedy próba odnalezienia syna przez stalkera coraz bardziej się komplikuje w pewien sposób zapominamy o ultimatum.

Interesuje nas tylko to czy Gleb żyje i czy uda się go odnaleźć. Wynika to przede wszystkim z tego, że autor poświęcił dużo miejsca na opisy wzajemnych relacji pomiędzy Taranem a jego synem. Pokazuje nam, jak wojownik zmienił się na przestrzeni tak krótkiego czasu. Poczucie odpowiedzialności za drugą osobę czy nawet miłość sprawiają, że coraz trudniej zachować iście stalkerowską dewizę – bycia neutralnym.

Dlatego też widząc jawne przejawy niesprawiedliwości społecznej, okrucieństwo niektórych mieszkańców coraz trudniej mu stać z boku, co powoduje szereg kłopotów.

Nie było litości. Ale nie było też satysfakcji z dokonywanej zemsty. Tylko praca, którą należało wykonać. Dlatego, że tak trzeba.

W drugiej części nie znajdziemy tak wielu manifestów antywojennych zawartych w opowieściach czy dialogach pomiędzy postaciami tak jak w przypadku poprzedniczki. Zdarzają się pojedyncze momenty, jednak autor skupia się przede wszystkim na przedstawieniu emocji towarzyszącym bohaterom tu i teraz. Determinacja, walka o życia, przeraźliwe zmęczenie czy poczucie bezradności odczuwalne są niemal na każdym kroku. Jednak mimo to potrafi on nas nieźle zaskoczyć. Nie tylko nieoczekiwane zwroty akcji, ale nagłe zmiany decyzji czy ukryte przekonania ujawniające się po czasie sprawiają, że do samego końca ciężko stwierdzić, kto jest naszym przyjacielem lub wrogiem.

Po raz pierwszy w życiu, rozmyślając o przyszłości, Gleb nie odczuwał dawnego entuzjazmu, tylko rozczarowanie i apatię. Może, dlatego, że utracił wiarę w ludzi. Albo po prostu wydoroślał.

W Mrok to przykład wzorowo napisanej kontynuacji. Jest jeszcze więcej, lepiej i bardziej profesjonalnie. Czekam z niecierpliwością na kolejne przygody Tarana, Gleba i wielu innych drugoplanowych bohaterów, którzy równie mocno zapadają w pamięć. Tym bardziej, że wszystko wskazuje na to, że teraz będzie niewiele podziemi...

Zdjęcia

  • Andriej Diakow: W Mrok
Komentarze Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać