Hitman: Rozgrzeszenie. Recenzja z trupem w szafie

Hitman: Rozgrzeszenie

Hitman: Rozgrzeszenie to kilka rewelacyjnych rozwiązań, ale też kilka niezbyt dobrze zrealizowanych elementów. Ale zagrać warto.

Fot. Io Interactive

Kilkanaście godzin upychania zwłok po szafach i w skrzyniach, do tego mała lekcja z psychologii tłumu i przegląd strojów noszonych przez pracowników sektora usługowego w Ameryce. Recenzja gry Hitman: Rozgrzeszenie.
Recenzja dla tych, co grali we wszystkie poprzednie części Hitmana i alergicznie reagują na wszelkie zmiany:
Cześć rozwiązań można wrzucić do koszyka z napisem kontrowersyjne, ale Agent 47 nigdy nie był taki ładny, nigdy nie miał instynktu zabójcy i nigdy tylu ludzi nie patrzyło mu na ręce. No i nigdy nie miał tylu zleceń, a to za sprawą trybu Kontrakty, w którym ciągle pojawia się coś nowego.
A na dodatek jest całkiem niezła fabuła.



Instynkt Zabójcy
Nowość w serii, która przydaje się do trzech rzecz:
- Do specjalnego trybu strzelania, gdzie oznaczamy przeciwników, a gra załatwia za nas resztę. Coś w stylu oznacz i zlikwiduj z gry Splinter Cell: Convition:
- Pozwala poznać położenie i trasy patrolujących (a przy okazji podświetla przydatne przedmioty)
- A kiedy nie mamy się już gdzie schować, a ktoś podejrzewa, że się przebraliśmy, instynktu możemy użyć, by na chwile rozwiać jego wątpliwości.

Recenzja dla tych, którzy coś tam o łysym zabójcy słyszeli:
Jedną z najlepszych rzeczy w nowym Hitmanie są poziomy trudności.

Na najłatwiejszym gra traktuje nas trochę jak półgłupka, co chwila krzycząc, gdzie iść i co robić. Do tego strażników jest mało, a każdy z nich cierpi na zaawansowaną kataraktę. Można się też u nich dopatrzyć początków Alzheimera – nawet jeżeli zobaczą nas tam, gdzie nas być nie powinno, to wystarczy na chwilę zejść im z oczu, a po chwili wrócą do swoich codziennych obowiązków zapominając, że przed chwilą widzieli np. gościa w stroju kurczaka z karabinem snajperskim w łapie.

Hitman Rozgrzeszenie

A my na dodatek mamy więcej zdrowia i więcej instynktu zabójcy, który na dodatek szybciej się regeneruje.

Tryb normalny to więcej strażników, którzy już nie cierpią na tyle schorzeń. Do tego mniej zdrowia, mniej jednoznaczne są podpowiedzi i mniej instynktu.

W Trybie trudnym gra nie będzie nam już niczego podpowiadać. Zdrowia i instynktu jest jeszcze mniej, a patrolujący widzą naprawdę sporo. I na dodatek długo się nie zastanawiają, tylko od razu wszczynają poszukiwania, albo alarmują wszystkich w danej lokacji.

Jest jeszcze tryb ekspert, gdzie jest już bardzo trudno. Nie ma nawet punktów kontrolnych. I wreszcie tryb Purysta, ale to rzecz dla masochistów, w którym nie ma nawet interfejsu, a gracz odnosi wrażenie, że trafił na zjazd telepatów, bo wszyscy zdają się wręcz przewidywać nasze ruchy. A przeciwników jest więcej niż na poprzednim poziomie.

Mówiąc krótko, każdy znajdzie coś dla siebie, a stopnie trudności można w dowolnej chwili zmieniać (co ma jednak wpływ na ogólną punktację za poszczególne etapy).



No dobra, ale o co w ogóle chodzi w tej grze?
Żeby nie zdradzać fabuły: Agent 47, zabójca doskonały, popada w dość poważny konflikt ze swoją Agencją.
Bardzo szybko okazuje się, że to nie jest jego jedyny problem, bo poluje na niego Dexter, jego ludzie i stróże prawa, których ma w kieszeni. Dexter to psychopata, który na dodatek jest właścicielem koncernu zbrojeniowego. A powodem całego zamieszania jest pewna nastolatka o wielkiej wartości dla Agencji i Dextera.

Fabuła ma sens, ma też swój styl. To z jednej strony świetnie zrealizowane przerywniki filmowe. Mocno odrealnione, fantastycznie zrealizowane i z jeszcze lepszymi dialogami. W wielu recenzjach można przeczytać, że są utrzymane w klimacie filmów Quentina Tarantino i coś w tym jest.

Hitman Rozgrzeszenie

Nic też – poza brakiem kręgosłupa moralnego, piątej klepki czy poszanowania dla życia ludzkiego – nie można zarzucić głównym postaciom. Mają swoje charaktery, swój sposób bycia i swój język. Czasami aż szkoda, że ubywa ich wraz z postępami rozgrywki. W końcu większość z nich prędzej czy później zostaje naszym celem.
Zdarzają się też takie ciekawostki, jak dostawca sushi mylący dysleksję z tępotą.

Mówiąc krótko, pod tym względem Hitman to bardzo dobra gra.

Także pisząc o oprawie graficznej nie sposób nie używać przymiotników w stopniu najwyższym. Nawet na niskich ustawieniach gra wygląda zwyczajnie dobrze. Kiedy kilka suwaków przesuniemy wyżej, jest jeszcze ładniej. Są doskonałej jakości tekstury (a na niektóre, czekając kilka chwil w jednym miejscu, aż przejdzie strażnik, napatrzymy się długo).

Są bardzo szczegółowe lokacje, pełne detali. Czy to będzie przydrożny bar, w którym prowokujemy bójkę, czy prywatne muzeum broni, czy komisariat policji – Hitman wygląda naprawdę dobrze.

Odpowiedzialny za to silnik graficzny Glacier 2 pozwolił twórcom na jeszcze jeden bardzo udany zabieg. Chwalili się nim zresztą na długo przed premierą gry. Otóż gra jest w stanie wyświetlać takie tłumy, jakich nie było w żadnej innej grze.

Możemy to sprawdzić podczas jednej z pierwszych misji, w Chinatown. To w sumie niewielki rynek z kramami sprzedawców i kilkoma zakamarkami. A spotkamy tam kilkaset osób (maksymalnie, jak twierdzą twórcy: 1200). Aż trudno przejść.

Owszem, czasami trafimy w tłumie na kilka klonów, ale nie ma sensu się tego czepiać. Do czego taki tłum? Można się w nim doskonale ukryć, można w nim w miarę bezkarnie tropić cel. Ale kiedy kogoś zaatakujemy, tłum panikuje jak należy. Ludzie krzyczą, kryją się po kątach, wzywają policję...



W innej misji w tłumie spędzimy kilkanaście minut przechodząc przez dwa perony na stacji metra. Nawet w mniejszych lokacjach, jak wspomniany przydrożny bar, ludzi będzie więcej niż w innych grach jest np. w całym mieście.

Jak na razie same zalety: świetnie wyważone poziomy trudności, dobra fabuła, bardzo dobrze skrojone postacie, grafika, której nie można się czepić i tłum, jakiego nie było.

Problem w tym, że wad też trochę jest.
Problem jest np. z samym skradaniem. Trudno czasami wyłapać reguły rządzące tym, że strażnik nas widzi lub nie.

Nie da się też zamknąć drzwi za sobą, co jest bardzo irytujące. Skradamy się pół godziny, dokonujemy cudów, mijamy ostatniego policjanta, otwieramy drzwi do pomieszczenia, już widzimy wyjście z lokacji, a tu strażnik się odwraca i koniec. Na wyższych stopniach trudności, gdzie punktów kontrolnych właściwie nie ma, to duża wada.

Problem jest też przy przechodzeniu między kolejnymi poziomami w tej samej lokacji. Kiedy musimy się dostać do fabryki broni należącej do Dextera, po drodze znajdziemy kilka rzeczy, które możemy wziąć do ekwipunku. A jednym ze sposobów dostania się do głównego budynku, jest zdobycie stroju biznesmana. Kiedy się udaje, wchodzimy do recepcji i wsiadamy do windy. Ładuje się nowy etap i co widzimy? Znów jesteśmy w swoim służbowym garniturze, a ekwipunek został mocno przetrzebiony.

Kolejny problem: przebrania.
Te możemy znaleźć (rzadko) lub zdobyć eliminując właściciela (ale za to, nawet jeżeli tylko ogłuszymy jakiegoś mechanika czy równie niewinnego kucharza, są punkty ujemne).

Hitman Rozgrzeszenie

W odpowiednim stroju możemy się dostać do stref zamkniętych. Ale wszystkie postacie w takim samym stroju (czyli. np. wszyscy policjanci w danej lokacji) – kiedy zbytnio się do nich zbliżymy – zaczną się nam bacznie przyglądać. Tu możemy użyć instynktu. Hitman poprawi czapkę, zasłoni na chwilę twarz i przejdzie. Tyle, że czasami to nie działa. Zwłaszcza na wyższych poziomach trudności. Jedno spojrzenie i już wszyscy wrzeszczą, że mają podejrzanego.

Następny problem: lokacje.
Są dość nierówne. W niektórych mamy małego sandboxa z mnóstwem ścieżek i sposobów na wyeliminowanie celów. Świetna jest też lokacja na polu kukurydzy. Czasami jednak nasz wybór ogranicza się tylko do wyboru strony: czy będziemy przemykać za osłonami po lewej stronie, czy po prawej.

WYROK
Trudno jednoznacznie ocenić grę. W jednym etapie świetnie się bawimy i kombinujemy. Aż ma się ochotę zacząć poziom od nowa i poszukać jeszcze innych sposobów rozwiązania problemu. A innym razem można dostać szewskiej pasji przy kolejnym powtarzaniu połowy etapu, bo drzwi się nie zamykają, albo strażnik – nie wiedzieć czemu – podniesie alarm, bo mu się nasze przebranie nie podobało (a minutę temu nie robił żadnych problemów).

Niemniej Hitman: Rozgrzeszenie to kilkanaście (w zależności od poziomu trudności i częstotliwości powtarzania) godzin zabawy. Zazwyczaj bardzo udanej. A do tego mamy jeszcze masę kontraktów, które zastępują tryb sieciowy.

A jak wypada polski dubbing? Paweł Małaszyński (więcej o jego pracy grze możecie przeczytać tutaj - Hitman: Rozgrzeszenie. Zawsze lubię ryzykować) wciela się w Agenta 47. Nie robi tego źle, ale nie do końca pasuje do tej roli. Niektóre postacie, które słyszymy dość często, wypadają blado. Mówiąc krótko: wersja oryginalna jest znacznie lepsza.

Nasza ocena: 4+/6

Hitman Rozgrzeszenie

Zdjęcia

  • Hitman: Rozgrzeszenie
Komentarze Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać