Dying Light: Recenzja, czyli noce i dnie z zombie (wideo)

Dying Light
Moda na zombie trwa w najlepsze. Nowa gra z zombiakami pojawiają się właściwie co trzy dni. Jak na tym tle wypada nowa produkcja Techlandu? Recenzja Dying Light.
Zacznijmy od tego, co w grze Dying Light nie jest akurat najważniejsze.
Od fabuły.
Ta do specjalnie odkrywczych nie należy. W mieście Harran wybucha epidemia. Ludzie zmieniają się w zombie. Rząd postanawia objąć miasto kwarantanną, co w tym przypadku oznacza otoczenie go wysokim murem.
Global Relief Effort, prywatna organizacja humanitarna, wysyła co jakiś czas ocalonym zrzuty. Nasz bohater, Kyle Crane, trafia do jednego z wieżowców, który stanowi główną bazę mieszkańców Harran. Aby dotrzeć do określonych informacji dotyczących działania samego wirusa, musi wkupić się w łaski grupy ocalałych wykonując poszczególne zlecenia.


Żeby nie zdradzać zbyt wiele: fabuła szybko schodzi na dalszy plan, a sam Crane pozostaje dość enigmatyczny. Owszem, do czasu pojawi się jakiś dylemat moralny, ale nie będziemy z tego powodu wpadać w jakiś szczególny zachwyt. Tak jak i nad postaciami drugoplanowymi, które czasami trochę irytują. Az się można zastanowić: jakim cudem udało im się tak długo przeżyć w takich okolicznościach?.
Trzeba jednak przyznać, że parę dobrych momentów z nieoczekiwanymi zwrotami akcji też jest.

Dying Light: Trzy gry do zdobycia [konkurs]

Tak czy inaczej główny wątek sprawnie prowadzi nas przez grę, a masa zadań pobocznych świetnie skłania do zwiedzania zakamarków Harran. Tego typu questy można podzielić na dwie grupy: fabularne i związane z wyzwaniami. Te pierwsze stanowią niezbyt długie epizody, w których nasza aktywność ograniczy się do przynieś/podaj/pozamiataj. A druga grupa to wiadomo: dotrzyj w określonym czasie, utłucz tyle a tyle zombie.
Oglądanie Dying Light (czy czytanie), a granie samemu to dwie, całkowicie różne rzeczy. Bo od tego momentu trudno właściwie w produkcji Techlandu znaleźć wiesze wady.

Dying Light
Dying Light

Emocje, które towarzyszą nam podczas pokonywania kolejnych przeszkód w parkourowym stylu są niebywałe. Twórcy świetnie załatwili sprawę sterowania (w naszym przypadku na PC).
Jest intuicyjne i proste.

Skakanie, bieganie i łapanie się elementów otoczenia jest płynne i przychodzi nam z dużą łatwością.
Po kilku minutach spędzonych z grą dokładnie wiemy, co i w jaki sposób możemy robić. Nie ma tutaj swego rodzaju poczucia sterylności, które towarzyszyło nam w Mirror's Edge. Otoczenie składa się z bardzo dużej liczby elementów nadających się do wykorzystania. A praktycznie nie zdarzyło mi się, bym wykonał inny ruch kierując bohaterem aniżeli taki, jaki wcześniej planowałem.


Jest tu też miejsce na małe niespodzianki. Spadając możemy rozwalić deski, które na pierwszy rzut oka wydają się dosyć stabilne. Upadek ze zbyt dużej wysokości, która wcale nie wydaje nam się taka spora, będzie kosztował nas utratę energii.

Mówiąc krótko: kierując naszą postacią ciężko nie odnieść wrażenia, że to prawdziwy człowiek z krwi i kości. Ruchy są naturalne i odmienne w zależności od położenia. Idąc po cienkiej krawędzi na dużej wysokości jesteśmy w stanie odczuwać to, co widzimy na ekranie.

To wszystko jest istotne, bo - może nie każdy, ale większość - ruch musimy sobie zaplanować. Napotykane zombie to przeważnie tępe osobniki. Ich siła wynika z ilości. Choć powolne, to moment, kiedy zostaniemy przez nie otoczeni, może skończyć się szybkim zgonem. Dlatego czasem nie warto ryzykować, tylko przebiec obok (albo nad).

Dying Light
Dying Light

Walki jednak nie da się unikać w nieskończoność. Wynika to z bardzo prostej rzeczy: eksploracji otoczenia. To jeden z najważniejszych elementów gry. Badając pomieszczenia zbieramy gotówkę czy niezbędne składniki, które pozwolą nam na wytworzenie broni, pułapek czy niezbędnych gadżetów.

Bardzo dobrym pomysłem było - podobnie jak w poprzedniej zombie grze Techlandu, czyli Dead Island - ograniczenie roli broni palnej. Dzięki temu walczymy głownie deskami, rurkami i wszystkim, co nada się na broń białą. Walka jest ciekawa i nie za łatwa. Zwłaszcza, gdy do akcji wkraczają bardziej odporni i agresywniejsi przeciwnicy, którzy również mogą skakać po ścianach czy używać broni.

Tak dochodzimy do kolejnego elementu determinującego rozgrywkę - do cyklu dnia i nocy. Im bliżej zmroku, tym bardziej niebezpiecznie...
W największym skrócie: w dzień jest łatwiej. Wszystko widzimy, zombie jest mniej. Nocą zaczyna się walka o przetrwanie, a czasami Dying Light przestaje być survivalem, a staje się niezłym horrorem.

Nasze możliwości drastycznie ogranicza mrok, są tylko pojedyńcze źródła światła.
Właściwie to często nic nie widać.
A zombie czają się wszędzie...

Dying Light
Dying Light

Pojawiają się też Łowcy. Na początku walka z nimi to właściwie pewna porażka; trzeba robić wszystko, by ich ominąć. Niby można spróbować ucieczki, ale to rzadko kończy się dobrze. Uczucie zaszczucia i przeświadczenie, że to my jesteśmy teraz zwierzyną jest wówczas bardzo mocne. A przy okazji stanowi wyzwanie, zwłaszcza dobie coraz łatwiejszych gier.

Z kolejnymi misjami będziemy zyskiwać punkty umiejętności, które pozwolą nam dłużej cieszyć się życiem.
Zostały one podzielone na 3 grupy.
Przetrwanie odpowiada za tworzenie przedmiotów, pułapek, mikstur, naprawianie sprzętów czy maskowanie.
Zwinność związana jest z unikaniem ciosów, szybszą regeneracją zdrowia, dłuższymi skokami czy bieganiem po ścianach.
Siła to przede wszystkim mocniejsze ciosy, specjalne obrażenia, widowiskowe egzekucje czy używanie kilku broni na raz.

Cały system został zaprojektowany w logiczny i przyjazny sposób. Punkty zyskujemy za wykonywanie zadań, jak i za nasze działania. Im więcej będziemy skakać i biegać, tym szybciej zdobędziemy punkty odpowiedzialne za Zwinność. Im więcej walczyć, tym szybciej rozwiniemy siłę.


Zwiedzać Harran i walczyć z jego obecnymi "mieszkańcami" możemy oczywiście sami. Ale nie musimy, bo jest klasyczny tryb kooperacji, gdzie wraz z innymi graczami wykonujemy poszczególne misje. Oprócz zadań wprowadzono również cały system zawodów oparty na dość prostych zasadach. Polega między innymi na tym, że w trakcie wykonywania questów gracze rywalizują ze sobą w liczbie pokonanych przeciwników czy szybkości dotarcie do zasobów.
To nie wszystko.

W drugim przypadku - tryb Be the Zombie - zostały połączone elementy pierwszego z versus. Na początku to sami gracze muszą wyrazić na niego zgodę - tryb dostępny jest tylko w nocy i mocno wpływa na poziom trudności. Jeżeli do tego dojdzie, to rywalizację na zasadach podobnych do Left 4 Dead. Jest grupa ludzi, którzy muszą zniszczyć gniazda Zombie. Oprócz zombie do akcji wchodzą wspomniani Łowcy, a do tego jeden z graczy może kierować wyspecjalizowanym Łowcą.

Dying Light
Dying Light

Ta postać ma znaczną przewagę nad resztą "ludzkich" graczy, choćby z racji tego, że jednym celnym atakiem z zaskoczenia może pozbawić życia. Za to jedyną skuteczną przeciw nim bronią jest... latarka. Po skierowane na niego światła staje się bezbronny. Proporcje zostały tu bardzo sprawnie zbalansowane, a granie ludźmi jak i zombie daje ogromną frajdę. Nie ma tak, że jak ktoś jest Łowcą, to automatycznie i bezlitośnie będzie kosił resztę graczy.

Jeżeli chodzi o oprawę graficzną, to powiedzmy sobie wprost – Dying Light jest jedną z najładniejszych gier. Panoramy i widoki urzekają. Często miałem ochotę po prostu stanąć na dachu jakiegoś wieżowca i popatrzeć.
Siła wyglądu Dying Light tkwi w tym, że różne składniki graficzne ze sobą współpracują. Przypatrując się zachodowi słońca jednocześnie możemy podziwiać pojedyncze podmuchy wiatry, które wpływają na elementy otoczenia.
Postaciom też niewiele można zarzucić, choć akurat do zombie określenie "różnorodność" już nie pasuje.

Dying Light jest również pozytywnym zaskoczeniem pod względem technicznym. Jasne, wymagania sprzętowe nie są najniższe, ale gra działa płynnie, zwłaszcza, gdy zmniejszymy zasięg widzenia. A nawet na niższych detalach tytuł prezentuje się dobrze.


Dźwięk? Też bez zarzutu. Poszczególne dźwięki zostały idealnie wkomponowane w całość. Szkoda tylko, że tego nie da się powiedzieć o polonizacji.
Polskie głosy poszczególnych bohaterów są wyprane z emocji. Słychać, że niektóre partie nagrywane były w różnych przedziałach czasowych w studio, przez co brzmią bardzo nienaturalnie. Sytuację pogarszają jeszcze beznadziejne wręcz dialogi. Zarówno ze strony postaci pobocznych, jak i głównego bohatera. O ile kierowanie nim jest przyjemnością, to słuchać go już nie mogłem. Lepiej grać po angielsku.

A czy warto grać?
Jak najbardziej. Dying Light to świetna, pełna akcji i atrakcji gra.

Dowiedz się więcej o grze Dying Light

Zdjęcia

  • Dying Light
Komentarze
HD1967
HD1967 pt., 2016-09-30 20:17

Wow

Pamiętam gdy ta gra wyszła, zarwałem dwie nocki by ciągle grać. Coś pięknego!